
Nowy rok zbliża się wielkimi krokami!
Gdy pomyślę o obecnym to wydaję mi się, że mogłabym podzielić go na trzy etapy. Trzy bardzo różne etapy…
Pierwszy był najgorszy, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, a skutki moich działań pojawiły się dopiero w drugim. Ten drugi był najbardziej bolesny, ale i oczyszczający. Etap ostatni jest najspokojniejszy i mimo tego, że nie idealny to cieszę się, że wchodzę z nim w rok 2012.
W tym roku ostatecznie przekonałam się, że aparaty analogowe to małe cuda, w których jestem zakochana. Przepadam szczególne za moim zenitem e, ciężkim żelastwem, zapachem jego skórzanego pokrowca, dźwiękiem naciągania filmu i przesadnie głośnym ‘pstrykiem’ migawki, ustawianiem ostrości, co zwykle zajmuje mi chwile i wymyślaniem ‘na oko’ ile wpuścić światła do środka. Łapię się na tym, że otoczenie widzę, jako poszczególne kadry, a w głowie pojawia się myśl ‘o, to może być fajne zdjęcie…’.
Obrazek, który postanowiłam dołączyć do wpisu jest jednym z moich ulubionych, a głównie, dlatego, że zupełnie nie wiedziałam jak i czy w ogóle wyjdzie (a tu taka niespodzianka!) Zdjęcie zrobiłam podczas grudniowego spaceru. Była wczesna godzina, piękny, słoneczny, ale mroźny dzień. Chodziłam po lesie w poszukiwaniu ładnego otoczenia i zobaczyłam to piękne światło. Wzięłam głęboki oddech, ustawiłam aparat i stanęłam w świetle promieni. Na chwilę zapomniałam o wszystkim. O zimnie, o szczekaniu psów z pobliskich gospodarstw, o tajemniczym skrzypieniu lasu i o aparacie.
To chyba najdłuższy wpis, jaki zamieściłam na blogu, tak, więc…
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
P.s. Mam nadzieję, że koniec świata nie nadejdzie!